Archive for the 'O komputerach i nie tylko' Category

Nadchodzi Prokrastynator 3

“It has been said that in the end of all things, we would find a new beginning. But as the shadow once again crawls across our world and the stench of terror drifts on a bitter wind, the people pray for strength and guidance. They should pray for the mercy of a swift death. For I have seen what the darkness hides.”

Wszyscy w duchu wiedzieli, że kiedyś ta chwila nastąpi, teraz wiemy już to oficjalnie. Blizzard pracuje nad kolejną odsłoną jednej ze swoich kultowych serii, Diablo.

Na wielu stronach w Sieci można zobaczyć trailer oraz filmy z gry pokazane przez Blizzarda. Na moje oko gra jest na bardzo zaawansowanym etapie, przynajmniej od strony graficznej. Zespól pracuje pewnie w tej chwili nad zbalansowaniem rozgrywki poszczególnych postaci, dopieszczaniem leveli, itp. drobnostki. Gry można oczekiwać za rok, półtora, najprawdopodobniej na święta. Gracze, radujmy się!

A dlaczego nazwałem kolejną odsłonę kultowej serii Prokrastynatorem? Przez półtora roku gry w Diablo II w Battle.necie, chodząc po kafejkach z własną oryginalną kopią (brak było wtedy sieci w domu), w domu trenując różne taktyki, poznając poszczególne lokacje i potwory, czytając przez modem Forum Battlenet.pl prawie zawaliłem szkołę, nie mówiąc już na zmarnowaniu kupy kasy na kafejki i opłaty za telefon (które musiałem oczywiście odpracować). Gra dała mi dużo uciechy i przyjemności ze znalezienia fajnych itemków, trochę znajomości na serwerach battle.net, w zamian za to zabierając kawałek życia i duszy. Dzięki tej grze powstał mój obecny sieciowy nick, wtedy zupełnie nie istniejący w Internecie - “Harnir” było imieniem mojej pierwszej postaci barbarzyńcy i zostało ze mną na lata, chyba już na zawsze.

Ale nic nie może trwać wiecznie… Odwyk był długi i męczący, pod koniec już nie mogłem patrzeć na te same lokacje (zwłaszcza na Akt III w dżungli, który był po prostu męczący) i nawet kiedy w końcu stałem się posiadaczem SDI, przestałem w nią grać i znalazłem sobie inne hobby - Linuksa. Płytki z grą zalegały przez kilka lat na półce, w końcu zawieruszyły się gdzieś u znajomych i zostały po przeprowadzce w Wielkopolsce.

A teraz, po 8 latach czekania, koszmar powraca. Koszmar zawalonych nocy, nie dotrzymanych terminów, nieukończonych projektów… Żyjemy teraz w świecie prokrastynacji, w którym wszystko jest odkładane na potem. Większość ludzi, którzy grali w pierwszą oraz drugą część skończyła szkołę i studia, znalazła pracę, założyła rodziny. Mamy zupełnie inną rzeczywistość dzięki 9/11 (gdzie spędziliście te godziny podczas zamachu? Ja w jednej z poznańskich kafejek internetowych, grając w Diablo II), mamy inne obowiązki i priorytety. W taki oto świat wchodzi z butami Pan Terroru i kolejny raz wyrwie z ludzkich dusz i ciał, co jego.

Zresztą, Blizzard sam rozumie ten problem, co odzwierciedla się w słowach wypowiadanych przez urocze dziewczę (tak, tak!) w trailerze. “Gdy cień ponownie pełza przez nasz świat a odór terroru unosi się na gorzkim wietrze, ludzie modlą się o siłę i dobrą radę. Powinni raczej modlić się o łaskę szybkiej śmierci. Jako że widziałam, co skrywa ciemność.”. Taak, geniusze z Blizzarda doskonale wiedzą, jakie zło i zniszczenie sprowadzają na naszą planetę.

Trzeba będzie zacząć zbierać gotówkę na maszynę, która to wszystko uciągnie. Mam nadzieję że będzie dostępna wersja Linuksowa, w końcu teraz jest nas więcej - jest dobra okazja aby zacząć wysyłać listy do Blizzarda. Nie jestem pewien czy działa support@blizzard.com, na stronie firmowej widzę tylko formularz kontaktowy, ale dobre i to. Pamiętajcie, aby pisać po angielsku. Nie sądzę, żeby petycje i podobne akcje on-line coś pomogły, chociaż może… W końcu jeśli dana petycja nie będzie autoryzowana przez Blizzarda, mogą na nią równie dobrze machnąć ręką i zignorować. Ale jeśli dostaną tysiące maili od konkretnych użytkowników Linuksa proszących o oficjalnego klienta na tą platformę, nie będą mieli wymówki w rodzaju “braku zainteresowania ze strony rynku”. Oczywiście wersja Linuksowa nie będzie darmowa, ale ja chętnie za nią zapłacę, byleby była dostępna.

A na razie pozostaje nam czekanie i śliniene się na trailery i kolejne okruszki Blizzarda prowadzące nas do celu…

I don’t think it’s safe here…

Edit: Żeby Was jeszzcze trochę podgrzać - jeden z najsłynniejszych tematów przewodnich w historii gier komputerowych, Wioska Tristram.

Dostaniemy nowe .TLD

ICANN dzisiaj zatwierdziła możliwość prawie dowolnej rejestracji domen głównych, czyli .TLD. Możliwość rejestracji nowych domen zostanie udostępniona w drugim kwartale 2009 roku. Co to oznacza dla nas, szarych użytkowników Sieci?

  • domeny narodowe - wreszcie zamiast ‘.pl’ będzie można zarejestrować ‘.poland’, ‘.polska’, ‘.bolanda’ ‘.pōrando’ czy też nawet ‘.波兰’, jak kto woli. Jak najbardziej będą możliwe domeny w językach narodowych, jak zaprezentowany tu chiński-mandaryński (tak sądzę ;)
  • będzie można rejestrować domeny związane z konkretnym miejscem, serwisem, ideą - cokolwiek komuś wpadnie do głowy. Już są plany na domeny miast (’.paris’, ‘.nyc’, ‘.london’), domeny firm oraz serwisów internetowych (’.pepsi’, ‘.ebay’), będzie można rejestrować też zwykłe słowa, jak ‘.fart‘. Spełni się też mokry sen wszystkich facetów, czyli ‘.xxx’
  • cybersquatting stanie się nieopłacalny - po co siedzieć na jakiejś subdomenie w domenie ‘.com’ i czekać na nabywcę, kiedy wszyscy nas po prostu wykiwają i zrobią własną domenę .TLD?
  • mnóstwo programistów od początku 2009 roku będzie siedzieć nad kodem swoich aplikacji i poprawiać obsługę domen internetowych. To będzie bolało
  • administratorzy serwerów pocztowych, usenetu, blogów, list mailingowych i wszelkich innych mechanizmów w których są stosowane domeny internetowe dostaną nerwicy. Będą nas zalewać kolejne fale spamu z niekończącej się listy domen globalnych typu ‘.aaaaa*’. Prawdopodobnie przewróci to świat antyspamowy (i antyphishingowy, itp., itd.) do góry nogami - zamiast wyszukiwać domen do zablokowania, będziemy blokować wszystko jak leci i odblokowywać tylko “zaufane” domeny (oczywiście nadal pozostaną możliwości podszywania się pod nie, ale będą uznane za zło konieczne i eliminowane innymi metodami niż blokada domen) - tak będzie taniej i prościej
  • w 2011 okaże się, że nie rozwiązało to problemu kończącej się puli adresów IPv4 i (jeśli nie stanie się cud i świat nie zacznie masowo przechodzić na IPv6) wszystkie nowe domeny muszą się pomieścić na bardzo organiczonej puli adresowej, co oznacza masowy cohosting serwisów i stron internetowych. Bonanza (lub koszmar, zależy kto liczy kasę) dla firm hostingowych i centrów danych
  • dużo łatwiejsze będzie tworzenie “fajnych” adresów w rodzaju del.icio.us. Ludzie znający dobrze gramatykę różnych języków będą mieli co robić, dlatego już teraz warto zwracać na to uwagę na polskim
  • za 5-10 lat nie będziemy mogli wyobrazić sobie Internetu bez ogólnodostępnych domen globalnych

To tak na początek. Domeny globalne będą dosyć drogie i ich rejestracja będzie poprzedzona zapewne długą drogą przez biur^Wmękę, dlatego nie musicie się spodziewać masowego wysypu nowych adresów, przynajmniej na początku. Instytucje i korporacje dysponujące dość dużymi pieniędzmi będą miały łatwiej. Już teraz proponuję zasugerować polskim władzom wykup kilku popularnych rodzajów odmian nazwy naszego kraju, bo może ich uprzedzić jakaś korporacja i wsadzić na poddomeny nieciekawe dla nas treści.

Zatem - miłego wymyślania domen. :-) Tomasz Topa już się rzucił do rejestracji ‘.sex’. A Ty? Jaka będzie Twoja domena?

Przedawkowanie Web 2.0

Najpierw pojawiły się aplikacje “Web2.0″, w rodzaju Flickr, Twittera i inne tego rodzaju - z profilami użytkowników, contentem, RSSami i wymianą informacji. I to było dobre.

Aby ułatwić sobie czytanie informacji z tych wszystkich nowych rodzajów stron, wymyślono wspomniany RSS oraz jego czytniki. W czytnikach można było dodawać kanały publikowane przez te wszystkie nowe strony i czytać, co tam znajomi nowego wymyślili i jakie zdjęcia opublikowali. I to też było dobre, ponieważ można było w wygodny sposób wybrać, jaki rodzaj informacji o danej osobie nas interesuje - nie ma problemu z czytaniem nowości tylko z jednego serwisu, czy też przeglądaniem tylko jego zdjęć.

Teraz pojawiła się nowa kategoria aplikacji - lifestreamery, w rodzaju FriendFeed, SocialThing! czy rodzimego Flakera. I one też mają jakąś rację istnienia - pozwalają już samym autorom contentu agregować swoje poszczególne profile do jednego kanału informacyjnego i wystawiać go na pastwę czytników RSS. I to też jest dobre…

Ale tego sensu istnienia serwisów lifestreamingowych nie mogę tak do końca pojąć. OK, może są osoby, które mają swoich wielkich fanów, który chcą wiedzieć o każdym kichnięciu swojego guru. Ale reszta? Mam konto na FriendFeed oraz na Flakerze, podpiąłem do nich kilka serwisów na których publikuję swoje rzeczy, mam też na tych kontach kilka śledzonych osób, kilka z nich śledzi również mnie…

Ale. Nie śledzę tych osób przez RSSy z FriendFeed ani z Flakera. Czytam ich Blipy, czasem też Tweety, linki na del.icio.us… I to właściwie tyle. Jakoś nie czuję potrzeby śledzenia każdego szczegółu życia danej osoby - po prostu brak mi na to czasu. Gdybym przeglądał na okrągło wszystko to, co publikują osoby które śledzę, nie miałbym czasu na nic innego, nawet na czytanie serwisów informacyjnych.

Ale może to kwestia podejścia do tego, co się robi w sieci? Czy jest się “czytaczem”, zbierającym RSSy z innych serwisów i śledzącym działania kilkudziesięciu osób naraz - czy też jedną z tych osób, która nie śledzi innych na okrągło tylko sama coś stara się z siebie wykrzesać. Ciekawe jak układają się proporcje takich osób, zapewne 95% jest śledzącymi a tylko 5% śledzonymi, za to ta mała garstka tworzy najwięcej contentu w Internecie.